Rozmowa z Katarzyną Swędrowską, jedną z osób zajmujących się organizacją Głogowskich Konfrontacji Literackich, z okazji ich trzydziestej edycji:
- Trwają XXX Głogowskie Konfrontacje Literackie. Są jubileuszowe. Co się wiąże z jubileuszem?
- Z jubileuszem wiążą się przede wszystkim wspomnienia.
Wszyscy zaczynają liczyć – jeżeli to już trzydzieści lat, to w którym roku Konfrontacje się zaczęły?
Rozmawiają i zastanawiają się, czy można za początek tej imprezy uznać jakiś moment oficjalny , czy też nieformalny, moment, kiedy już zaczęło się dziać coś, co potem stało się takim wzorem, matrycą dla działań konfrontacyjnych.
Początek Głogowskich Konfrontacji Literackich to współpraca Klubu Batalionowego (wtedy Garnizonowego) z wrocławską Grupą Literacką „Dysonans”. To ważny element w rozważaniach na temat tego, co właściwie było początkiem.
Po drugie – zaczyna się poszukiwanie pamiątek. Wszyscy szukają zdjęć, wspomnień, dyplomów, wszystkich gadżetów, rekwizytów, które kojarzą im się z Konfrontacjami.
Ale, jak już mówiłam, jubileusz to przede wszystkim wspomnienia. Również te smutne. To wspominanie osób, których już nie ma między nami. Są to zarówno konfrontacjusze, jak i ci, którzy prowadzili warsztaty i ci, którzy byli autorytetami, występowali w charakterze gości spotkań literackich. Robi się w tym momencie melancholijnie i sentymentalnie. Ale, mimo smutnych wspomnień , to jest taka dobra podróż w przeszłość.
- Przez lata Konfrontacje prowadził Stefan Górawski, teraz ciężar organizacji spoczął na innych barkach, między innymi Twoich. Czym to jest dla Ciebie, z czym się wiąże?
-Podzieliliśmy ciężar głównych działań na trzy osoby. Działania Stefana i Klubu Batalionowego były dla nas ogromną podporą. To, co robił Stefan, jak działała jego osobowość - było niezwykle ważne. Stefan sobą zdobywał ludzi. W momencie, kiedy coś trzeba było załatwić, to ci, którzy usłyszeli hasło „Stefan Górawski”, robili wszystko, by pomóc.
Ale Konfrontacje – to nie tylko on. Wśród nazwisk ważnych dla GKL (Głogowskich Konfrontacji Literackich) należy wymienić na przykład Erykę Stolarską, która odpowiadała od początku za oprawę graficzną (logo, plakaty, dyplomy, programy, projekty okładek wydawnictw konfrontacyjnych…)
Kolejną ważną osobą była Małgorzata Grouz, „prawa ręka” Stefana, ciepła, uśmiechnięta kobieta, niezrównana organizatorka, mistrzyni w dziedzinie m.in. składu i korekty tomików konfrontacyjnych (przejmując obowiązki z tym związane – korzystałam z doświadczenia Małgosi, o wiele rzeczy ją wypytywałam, wiele się od niej nauczyłam).
I wreszcie Emil Pietrzak – człowiek, który potrafił swą pomysłowością, kreatywnością i poczuciem humoru ożywić każde spotkanie. To on przygotowywał konkursy, dzięki którym przez śmiech i zabawę budowała się międzyludzka bliskość.
Od dwóch lat Klub Batalionowy nie jest już współorganizatorem – tak się toczy życie.
Teraz ciężar wszystkich działań organizacyjnych, związanych, m.in. z zapleczem konfrontacyjnym (np. zapewnieniem noclegów przybywającym z zewnątrz konfrontacjuszom), działań związanych z zapraszaniem gości, organizowaniem spotkań, ale też z występowaniem do różnego rodzaju podmiotów z prośbą o dofinansowanie - dzielimy na trzy osoby.
Takie najbardziej zaangażowane osoby to Krzysztof Jeleń, Izabela Owczarek i ja. Ale współpracujemy z ludźmi, dla których Konfrontacje przez te lata stały się ważne: m.in. z Dyrekcją i pracownikami Miejskiego Ośrodka Kultury, głogowskiego Teatru im. Andreasa Gryphiusa, Klubu Mayday, głogowskich szkół podstawowych i ponadpodstawowych.
- Nazwa imprezy to Konfrontacje Literackie. Co jest poddawane konfrontacji?
- Wypadałoby się zwrócić do pomysłodawcy. A pomysłodawcą nazwy „Głogowskie Konfrontacje Literackie” jest Stefan Górawski. Czasem słowo „konfrontacja” , obecne w obiegu publicznym, kojarzy się z czymś niezbyt przyjemnym, np. ze skonfrontowaniem kogoś z kimś, jak np. podejrzanego ze świadkiem, czy dwóch osób, które mają różne wersje wydarzeń, itp.
Tymczasem chodzi o to, żebyśmy mogli porównać i zobaczyć, jak na ten sam temat mówią i myślą inni. Tym samym poszerzyć horyzonty. To jest kwestia porównania naszych wrażliwości, ubogacenia się sobą nawzajem.
Tu konfrontacje nie mają żadnych złych konotacji.
- Głogowskie Konfrontacje Literackie to spotkania autorskie, warsztaty, konkursy. Co było takim zupełnym początkiem?
- Z tego, co wiem - warsztaty. Od tego się zaczęło.
- W ramach Konfrontacji Literackich jest kilka konkursów. Wśród nich Konkurs Główny. Na czym polega?
- To jest chyba najstarszy konkurs konfrontacyjny. Nie jestem w stanie odpowiedzieć, kiedy dokładnie się zaczął. W momencie, w którym ja zaczęłam być częścią Konfrontacji (to był rok 1998 albo 1999) - ten konkurs już istniał. Przypuszczam więc, że musiał powstać na początku inicjatywy.
To konkurs, w którym mogą brać udział tylko i wyłącznie czynni uczestnicy Konfrontacji. Składa się w nim do oceny – właśnie konfrontacji – zestawy poetyckie. Składają się z trzech wierszy. Są opisane godłem, czyli wszyscy występują pod pseudonimami, nikt nie podpisuje się imieniem i nazwiskiem. U sekretarza Jury składają zestawy wierszy i kopertę z danymi osobowymi. Koperta jest podpisana tym samym godłem, pseudonimem, pod którym występuje autor.
Jurorzy otrzymują te teksty w czwartek wieczorem i muszą dzielić czas pomiędzy uczestnictwo w wydarzeniach konfrontacyjnych, czasem też prowadzenie niektórych z nich, a czytanie i ocenianie tekstów. Następnie spotykają się i ustalają werdykt. Nigdy nie dzieje się tak, ze czytają te wiersze zamknięci w jednym pomieszczeniu.
- Czyli nawet spojrzeniem nie mogą się porozumieć...
- Ta „wymiana spojrzeń” może nastąpić dopiero w momencie, w którym - po indywidualnej lekturze – spotykają się, by wymienić się spostrzeżeniami i ustalić wspólny werdykt. Dopiero w momencie, kiedy werdykt zaistnieje, sekretarz Jury otwiera koperty i sprawdza, kto się kryje za poszczególnymi pseudonimami.
- Na początku w ramach Konfrontacji był Turniej Jednego Utworu o Głogowie. Teraz go nie ma. Dlaczego zrezygnowano z niego?
-Ta formuła wyczerpała się dlatego, że pojawiło się mnóstwo konkursów okolicznościowych, których bohaterem było nasze miasto. W pewnym momencie okazało się, że temat jest wysycony, w naturalny sposób wygasł.
- Przez pewien czas był Nocny Turniej Wiersza Fikuśnego.
- Tak. Formuła konkursów - poważnych i niepoważnych - wzbogacała się z każdym rokiem tak, by uczestnicy mogli sprawdzić się w różnych formach, przy okazji dobrze się bawiąc.
W Konkursie Wiersza Fikuśnego (nieco frywolnego) zadanie uczestników polegało na tym, że musieli taki wiersz napisać, przywieźć go na Konfrontacje, a potem odczytać osobiście przed publicznością, składającą się przede wszystkim z uczestników GKL. Owszem, powoływane było jury, ale tak naprawdę wpływ na kształt werdyktu mogli mieć ci, którzy tych wierszy słuchali.
Było dużo śmiechu, dużo zabawy. To budowało bliskość między ludźmi, bo w tym momencie wszyscy „zdejmowali korony” i okazywało się, że jesteśmy po prostu normalnymi, lubiącymi się wzajemnie i mającymi poczucie humoru, ludźmi.
Potem Stefan Górawski wymyślił kolejny konkurs, to był Konkurs Wiersza Grafomańskiego – świadomie grafomańskiego.
Podczas poprzednich Konfrontacji jego miejsce – okazjonalnie, ze względu na osobę jego patronki, Wisławy Szymborskiej – zajął konkurs na limeryk.
W tym roku wracamy do Konkursu na wiersz grafomański. Mogą w nim brać udział wyłącznie uczestnicy Głogowskich Konfrontacji Literackich. Konkurs ma charakter nieformalny i towarzyski.
- Od lat Konfrontacjom towarzyszy konkurs dla młodzieży O Literacki Złoty Głóg i dla dzieci O Literacki Pączek Złotego Głogu. Czy przez te lata zaobserwowaliście jakiś talent, który wtedy wspaniale się zapowiadał i po latach świetnie się rozwinął, czy raczej większość młodych traktuje pisanie jako przelotne, chwilowe hobby?
- To jest pytanie, na które trudno precyzyjnie odpowiedzieć. Znam osoby, które debiutowały w konkursie O Literacki Złoty Głóg i które piszą do tej pory. Są to m.in. - niech już się we mnie odezwie nauczyciel I LO – uczniowie naszej szkoły, z którymi mam do tej pory kontakt. Są już dorosłymi ludźmi, ukończyli studia, pracują, mają rodziny. I piszą. Takie sytuacje jak najbardziej mają miejsce. Ale są też takie, kiedy ktoś, kto tworzy poezję, wybiera ścieżkę zawodową, która na tyle go pochłania, że nie ma czasu, żeby pisać systematycznie. Robi to bardzo epizodycznie. Są też tacy, którzy tworzą wyłącznie dla konfrontacji konkursowej i tacy, którzy piszą „do szuflady”.
A więc nie ma tu reguły.
Miejski Ośrodek Kultury uruchomił inicjatywę pod nazwą Powiewy Poezji. W trakcie spotkań ludzie w różnym wieku, z różnym dorobkiem, różnym doświadczeniem, jeśli chodzi o pisanie, spotykają się i czytają swoje teksty. Taka formuła niekonkursowa bardziej niektórym odpowiada.
Ja prowadzę w szkole konsultacje dla młodych piszących, podczas których pracujemy nad tekstami. Jeśli ktoś jest w stanie się otworzyć – bo to też nie jest łatwe - rozmawiamy o tym, co pisze, próbuję podpowiadać. Bez narzucania się.
- Parę lat temu pojawił się Turniej o Kilo Szmalu. Co jest ważniejsze: tekst czy „kilo szmalu”– bo nagroda jest bardzo nietypowa i zabawna w swojej nazwie.
- Slam poetycki” [red. forma publicznej rywalizacji między poetami]. „po głogowsku” różni się pewnymi elementami regulaminowymi od slamów rozgrywanych w innych miejscach naszego kraju.
Najważniejsza jest dobra zabawa. To jest konkurs, który jest konkursem rozrywkowym, tak jak wcześniejszy konkurs „Fikuśny”.
Pojawiają się w nim teksty śmieszne i zabawne, ale też bardzo poważne, poruszające.
Konkurs przebiega w ten sposób, że osoby, które zgłosiły się do rywalizacji zostają połączone w pary. Każda z nich prezentuje autorski utwór poetycki, a publiczność wybiera, kto z tej pary przechodzi do następnej odsłony.
Słuchacze wzruszają się, śmieją, identyfikują się z nimi, albo - wręcz przeciwnie. Zdarzają się twórcy, którzy prezentując swoje teksty, śpiewają, tańczą, przebierają się.
W tej formule ważne są osoby prowadzące slam. Przez wiele lat robił to Stefan Górawski w towarzystwie Agnieszki Lewandowskiej. Drugim człowiekiem, który świetnie prowadził te działania, był Piotr Mosoń. W tamtym roku mieliśmy na scenie rewelacyjną parę prowadzących slam, ponieważ byli to brat i siostra – Piotr Mosoń i Agnieszka Lewandowska. Od osobowości osób prowadzących zależy bardzo wiele. To one tworzą atmosferę, sterują działaniami i przepływem pozytywnej energii.
Istotą jest dobra zabawa. A kilo szmalu? Tak, jest faktycznie. Uzbierane- najlepiej w brzęczącej monecie (wszak waga jest tu znacząca) trafia w ręce zwycięzcy. Co roku jest też inaczej „opakowane” . Do jego przechowywania służyły już np. plecak, worek, skarbonka czy też… skarpeta. Za każdym razem był to inny „pojemnik”. Monety zawsze trzeba go zważyć, bo musi być kilo. Ta waga jest naprawdę ważna.
- Ważnym elementem Konfrontacji są spotkania autorskie. Jaki jest klucz doboru tych, z którymi chcecie zrobić spotkanie, czym się kierujecie?
- Kluczem jest na pewno osobowość autora, osoby, która potrafi ciekawie opowiadać o sobie, o życiu, o świecie…
Może to być także pojawienie się ciekawej, oryginalnej publikacji uznanego, ale też debiutującego twórcy albo odkrycie go w zupełnie nowej roli. (Np. artysta, który do tej pory kojarzony był głównie z aktorstwem lub estradą –może okazać się niezwykle interesującym eseistą, prozaikiem czy np. autorem zbioru wierszy).
Jednym ze spotkań, jakie organizujemy, jest spotkanie autorskie promujące poetycką książkę osoby, która rok wcześniej wygrała Konkurs Główny. (Od kilu lat nagrodą główną była publikacja autorskiego tomiku poetyckiego.)
- Podczas Gali Jubileuszowej będzie prezentacja almanachu twórców głogowskich. Czy to jest najważniejsza część Gali?
- Gala nie pojawia się co roku.
Program Konfrontacji Literackich jest rozpisany w ten sposób, że po cyklu spotkań autorskich, konkursów i działań warsztatowych - następuje ogłoszenie wyników Konkursu Głównego. Po nim najczęściej pojawia się prezentacja artystyczna. I to jest klamra zamykająca wszystko. Najczęściej nie mamy więc do czynienia z galą w tej definicyjnej postaci.
Ten rok jest wyjątkowy, ponieważ podwójnie jubileuszowy: mamy 30.Głogowskie Konfrontacje Literackie i dwudziestą piątą rocznicę powstania Głogowskiego Stowarzyszenia Literackiego.
Co roku podczas GKL pojawiał się tomik , do którego wiersze nadsyłali uczestnicy konfrontacji literackich. Ten tomik zyskiwał tytuł od jednego z zawartych w nim wierszy. Zawierał on utwory wszystkich konfrontacjuszy -nie tylko głogowian.
Od kilku lat przygotowywaliśmy się do wydania trzeciego almanachu twórców głogowskich..
Pierwszy nosił tytuł „Dorastać do wiersza”, drugi - „Dorośli do wiersza”.
Ten trzeci, ponieważ zawiera nie tylko teksty poetyckie, ale też fragmenty prozy, nazywa się „Obecni w poezji i w prozie”.
Jego prezentacja będzie jednym z elementów Gali Jubileuszowej. Posłuchamy m.in. wybranych spośród zawartych w nim wierszy. Będą również wspomnienia (utrwalone w formie filmowej i dźwiękowej),ale nie ujawniajmy wszystkiego.
- Pojawiają się zapowiedzi, że prawdopodobnie będą to ostatnie Konfrontacje. Z czego to wynika
Przede wszystkim ze zmęczenia ciężarem organizacji trzydniowej imprezy, która – aby nie zagubić interesujących dla uczestników poziomu i formuły – powinna łączyć w sobie różne formy aktywności i toczyć się w określonym tempie. Tego typu przedsięwzięcia to również „zaplecze techniczne”, obejmujące wiele działań, niewidocznych z zewnątrz, a niezwykle potrzebnych. Może to czas na zmianę albo odświeżenie formuły? W tej chwili trudno na to pytanie odpowiedzieć. Na refleksję przyjdzie zapewne czas po zakończeniu tegorocznych działań.
- Tego życzę Głogowskim Konfrontacjom Literackim. Żeby pojawiły się osoby, które będą chciały włączyć się, a potem przejąć organizację.
Dziękuję za rozmowę.
rozmawiała Elżbieta Bock-Łuczyńska
W czwartek 8 sierpnia 2024 r. w Teatrze im. Andreasa Gryphiusa odbył się pokaz filmu Marcjanny Wołoszyn pt. „A pamiętasz jak…”. Rozmawiam z pomysłodawczynią, autorką scenariusza, reżyserką i montażystką filmu:
- Ile masz lat?
- 15
- Zapytam więc żartem: Czy nie za wcześnie na taki sukces? Bo film okazał się sukcesem. Premierowy pokaz filmu stał się wydarzeniem artystycznym.
- Uważam, że należy zaczynać takie tematy wtedy, gdy się to czuje wewnętrznie. Nie wiem, czy to wcześnie, czy późno. Chcę wytyczać sobie drogę i stopniowo wchodzić na coraz wyższy poziom. Kiedy się wcześnie zaczyna, łatwiej – myślę – jest później, niż kiedy zaczyna się będąc dorosłym.
Kiedy chce się spełniać większe marzenia, myślę, że należy zaczynać młodo.
- Co było pierwsze: problem, czy chęć zrobienia filmu?
- Zdecydowanie chęć zrobienia filmu.
- Kiedy ta chęć się pojawiła? Kiedy pojawiły się marzenia o zrobieniu filmu?
- Moim marzeniem jest, żeby zostać reżyserką. Ale żeby nie skończyło się tylko na marzeniu, powinnam coś robić w tym kierunku. Samo czytanie o sztuce reżyserii, oglądanie filmów i „podglądanie”, jak robią to profesjonaliści, to za mało. Chciałam podjąć próbę samodzielnego wyreżyserowania filmu.
- A problem poruszony w filmie skąd się wziął?
- Problem wyszedł w trakcie tworzenia filmu. Bardzo chciałam stworzyć film, ale na początku nie miałam pomysłu, o czym on ma być. Podświadomie zdałam sobie sprawę, co mnie ostatnio smuci, albo z czym jest mi źle. Więc zamiast opowiadać o tym, czypisać wiersze, pomyślałam, że tym razem wyreżyseruję o tym film. I udało się.
- Dlaczego taki temat?
- Przede wszystkim dlatego, że jako osoba, która nie próbuje używek, nie pali, nie pije, nie bierze narkotyków - a mam wielu moich znajomych, którzy te używki biorą, a przynajmniej próbują - czuję się niekomfortowo wśród nich, czuję się odosobniona. W moim otoczeniu jest, niestety, dużo osób, moich rówieśników, którzy próbują używek.
- Powiedziałaś, że przez to, iż nie stosujesz używek, „ciężko było mi się dogadać z moimi rówieśnikami. Czułam się przez to odosobniona.” Czy naprawdę aż tak źle przedstawia się obraz nastolatków?
- Tak mi się wydawało i tak to odbieram. Takie osoby często są dominujące, a te, które unikają używek, są mniej widoczne, czasem nawet niezauważalne. Ale pracując nad filmem poznałam dużo młodych osób, które myślą podobnie jak ja.
- Czy w trakcie realizacji filmu pomysły ulegały zmianie, czy realizowałaś od początku do końca to, co sobie założyłaś?
- Było bardzo dużo zmian.
Na początku ten film nie miał być o narkotykach, a miał być o papierosach. Ale papierosy nie są tak bardzo niebezpieczną używką i padła propozycja, żebyśmy zrobili coś mocniejszego. Stąd pomysł, żeby to były narkotyki.
- Nie bałaś się, że temat narkotyków Was przerośnie. W końcu – z tego, co wiem – nikt z Was nie ma doświadczeń z narkotykami.
- To było trudne, Ale starałam się w miarę możliwości poznać temat – czytałam, oglądałam filmy, starałam się poznać, jak się zachowują ludzie uzależnieni, czym się kierują w swoich zachowaniach i decyzjach. - Skąd pomysł, żeby w taki sposób ująć temat, na zasadzie retrospekcji?
- Oglądając wiele filmów zauważyłam, że dobrze wygląda, jak są starsi aktorzy i jest retrospekcja i to, co istotne, dzieje się w przeszłości. Postanowiłam więc zrobić coś podobnego. - Oprócz tematu używek pojawił się w filmie jeszcze inny problem, dzięki rolom Twoich rodziców. Dla dobra dziecka, pojmowanego na swój sposób, stawia się zakazy, granice. Tak, jak rodzice bohaterki odsunęli od niej postać graną przez Michała. Nie dostrzegali, że on też chciał dla bohaterki jak najlepiej. Skąd taki problem?
- Bardzo się cieszę, że to zostało zauważone.
Przez długi czas miałam taki moment, że mówię coś do rodziców, albo do moich rówieśników, opowiadałam im jakąś część historii, moją perspektywę i spotykam się z niezrozumieniem wynikającym z tego, że nie znali drugiej perspektywy, innego spojrzenia. Rodzice widzieli tylko swoją perspektywę, ja miałam swoją. Rodzice nie znali obu perspektyw, a zaczynali oceniać. Pojawiła się myśl, że jeśli ktoś nie zna pełnej wersji, lepiej niech nic nie mówi, bo można zranić. Pomyślałam, że zrobię o tym coś głębszego, nie tylko będę mówić, bo może to nie odnieść skutku. - Co było najtrudniejsze w realizacji filmu?
- Przede wszystkim organizacja.
Zebrać wszystkich razem w jednym miejscu, w jednym czasie, wszystko rozplanować: kto kiedy ma wejście, jak się ubieramy, bo nie kręciliśmy po kolei, np. w jednym dniu robiliśmy scenę, która jest na początku i na końcu.
- Czy aktorzy mieli w pełni rozpisane role, czy dawałaś im jakąś dowolność?
- Na naszym pierwszym spotkaniu, kiedy dałam scenariusz, powoli się otwieraliśmy, mówiliśmy, kto jaką rolę odgrywa. Patrząc na scenariusz, aktorzy potrafili sami wykreować postać. Chcę podkreślić, że miałam przyjemność pracować ze zdolnymi i ambitnymi ludźmi. -- Jak dotarłaś do aktorów?
Do grupy teatralnej dotarłam przez Zosię Lasko. Znamy się ze szkoły, chodzimy na rozszerzenia. To od niej dowiedziałam się, że w Głogowie w Teatrze im. Andreasa Gryphiusa jest grupa ludzi, która stawia tam pierwsze swoje kroki aktorskie i nie czekając, od razu tam się znalazłam. Spotkałam się z Kierownikiem Teatru, przedstawiłam swój pomysł i to później już poszło samo. A dzieci – to jest bardzo ciekawe: mam super sąsiadkę, Pani Małgosia jest dyrektorką w szkole nr 14.
Siedziałam z tatą i zastanawiałam się, skąd wziąć dzieci szkolne i przedszkolne. Tato zauważył panią Małgosię i powiedział: „to proste - Trzeba ją zapytać”. Tak zrobiłam, a pani Małgosia zgodziła się, żeby dzieci ze szkoły zagrały i pomogła to zorganizować. Pomogła też skontaktować się z panią dyrektor przedszkola nr 17 i tam też trafiłam na super ludzi. Warto podkreślić też, jak dużą pracę wykonali rodzice tych dzieci, zadbali, żeby dzieci były odpowiednio ubrane. Bardzo wszystkim dziękuję za wszelką pomoc. Miałam szczęście spotkać naprawdę fantastycznych ludzi i z nimi pracować. - W filmie wystąpiło dużo osób. Kogo było najtrudniej przekonać do udziału w filmie?
- Hmm… chyba Moich rodziców. Choć trochę ich rozumiem. To nie była łatwa rola, którą mieli odegrać. Byli takimi trochę negatywnymi postaciami, krzyczą, kłócą się. Ja pewnie bym się na to nie zdecydowała. Bardzo ich podziwiam za odwagę.
- Co Ci dało zrobienie tego filmu?
- Na pewno olbrzymią satysfakcję. Bo ja nie bardzo wierzyłam na początku w ten projekt. W trakcie pisania scenariusza pojawiały się myśli: „nie, to nie jest dobre, to jest słabe, nie robimy tego”. Później, w trakcie zaczęłam się wdrażać w to, kiedy zaczęłam mówić aktorom o tym, zaczynałam wierzyć w to. A teraz jestem bardzo dumna.
- I słusznie. A jakie masz plany na przyszłość?
- Bardzo chciałabym zostać reżyserem.
- Czy masz zaplanowaną drogę, którą chcesz zmierzać do osiągnięcia tego celu?
Chcę korzystać z warsztatów, kursów, jakie są dostępne. Chciałabym tworzyć inne filmy, wysyłać je na konkursy, festiwale. A potem chciałabym pójść na studia w tym kierunku. Potem zrobić film, którego premiera byłaby w kinie.
- Tego Ci życzę. Żebyś nigdy nie ustawała w dążeniu do celu i żeby Twoje marzenia się spełniły.
- Bardzo serdecznie dziękuję.
rozmawiała: ELżbieta Bock-Łuczyńska
Już jutro po raz trzydziesty polana w Grochowicach zagości bywalców Stachuriady. W przeddzień tej imprezy rozmawiam z Iwoną Adamczak, dyrektor Gminnego Ośrodka Kultury i Sportu w Kotli, organizatora Stachuriady.
- Jakie były początki Stachuriady?
- Na początku były to spotkania ludzi zafascynowanych twórczością Stachury, spotkania przy ognisku, rozmowy. Potem pojawiła się scena zbijana z desek , na której odbywały się prezentacje artystyczne.
Kiedy zaczęły pojawiać się profesjonalne zespoły trzeba było przystosować warunki do ich potrzeb – scena, nagłośnienie, itp. Stworzenie profesjonalnych warunków stało się koniecznością.
- Od kiedy Ty zajmujesz się organizacją Stachuriady?
- Od 10 lat. Dokładnie od roku 2014.
- Czy dostrzegasz jakieś różnice między tym, co było kiedyś, a obecnie?
- Na początku była mniejsza publiczność. Wiązało się to m.in. z dość wąskim kręgiem wykonawców. Postawiliśmy na poszerzenie perspektywy, więcej osobowości i artystów niepokornych.
Większe zainteresowanie zaczęło się w 2017 roku. Wtedy na Stachuriadę zaprosiliśmy Macieja Maleńczuka. Był to pomysł wójta Łukasza Horbatowskiego i – jak się okazało – bardzo trafiony.
W następnym roku był Czesław Mozil. To tylko niektóre interesujące nazwiska.
- Jaki jest zatem klucz doboru wykonawców?
Odchodzimy od wykonawców, takich jak Zespół Pod Budą, Czerwony Tulipan, Stare Dobre Małżeństwo. Ten nurt wymiera.
Stawiamy na poszerzenie kręgu wykonawców. Zapraszamy artystów nietuzinkowych, niepokornych, wybitne osobowości. Na pewno nie artystów muzyki popularnej. Nie usłyszymy na Stachuriadzie muzyki takiej, jak np. na Dniach Głogowa.
Staramy się trafiać w niszę niezagospodarowaną. Można by tu wymienić np. Andrzeja Poniedzielskiego, Elżbietę Adamiak, Grzegorze Turnaua, Czy Artura Andrusa.
Chcemy, żeby zmiany szły z duchem czasu.
- A co w takim razie pozostało z dawnej Stachuriady? Czy to jest ta sama impreza?
- Oczywiście. Mimo zmian pozostały elementy, które wciąż nawiązują do samego Stachury i dawnej imprezy. Ale, jak już wspomniałam, chcemy, żeby impreza trafiała do jak najszerszego kręgu odbiorców.
A co pozostało z dawnej Stachuriady? Przede wszystkim Turniej Cięcia i Rąbania Drewna „Siekierezada”, Nocne Stedogranie przy ognisku. Również konkurs piosenki, który odbywa się już po raz dziewiętnasty. Choć w pewnym momencie trzeba było zmienić zasady w konkursie piosenki. Kiedyś był obowiązkowy tekst Stachury. Jednak obecnie coraz mniej młodych wykonawców zna Stachurę i czuje klimaty, jakie są obecne w jego twórczości. Dlatego zrezygnowaliśmy z obowiązkowego tekstu Stachury, ale nadal cenimy, jeśli ktoś się na to zdecyduje. Za wykonanie utworu Stachury wykonawca ma szansę zdobyć nagrodę specjalną.
- Od ubiegłego roku jest inna nazwa konkursu piosenki. Dlaczego?
- Był kiedyś Przegląd Piosenki Poetyckiej „Wyśpiewać poezję”, teraz jest Konkurs Piosenki „Pod Wielkim Dachem Nieba”. Chcieliśmy poszerzyć formułę konkursu i uporządkować.
- Kiedy zaczyna się praca nad kolejnymi edycjami Stachuriady?
- Właściwie to po zakończeniu poprzedniej. Rozmawiamy z ludźmi, wsłuchujemy się w ich oczekiwania i robimy rozeznania, co z tego będzie można zrealizować.
Ale, jako że budżet Stachuriady opiera się w dużej mierze na środkach zewnętrznych,to konkretne ustalenia mogą następować dopiero wtedy, kiedy wiemy już, jakim budżetem dysponujemy.
- Jak długo jeszcze będzie odbywać się Stachuriada?
- Zawsze. Można by zacytować: „Do końca świata i jeden dzień dłużej”.
- Życzę więc, żeby tak było.
Rozmawiała Elżbieta Bock-Łuczyńska
Dobiegają końca warsztaty wokalne z Zespołem Trzy Dni Później.
W piątek 18 kwietnia o godz. 18.00 koncert z okazji 25-lecia Zespołu, w którym wystąpią też uczestnicy warsztatów.
Warsztaty były otwarte. Mógł wziąć w nich udział każdy, kto ukończył 16 lat. Z tej możliwości skorzystały osoby z Chóru Gospel, ze Studia Talentów, fani i przyjaciele Zespołu Trzy Dni Później, dwie osoby z nieistniejącego już Studium Wokalnego, jedna osoba z Akademii Dźwięku.
Zespół Trzy Dni Później tworzą Joanna Piwowar-Antosiewicz, Marta Grofik-Perchel i Marta Piwowar-Wierzbicka. Swoją drogę artystyczną rozpoczęły w Studium Wokalnym przy Klubie Garnizonowym.
Przed koncertem rozmawiam z Joanną Piwowar- i z Martą Grofik z Zespołu Trzy Dni Później:
- To będzie koncert z okazji 25-lecia Waszego zespołu. Czy to jedyny koncert z tej okazji, czy zaplanowałyście serię koncertów?
- To nie jest jedyny koncert. W najbliższym czasie, takim wiosenno-wakacyjnym, będziemy miały jeszcze cztery koncerty. Po wakacjach ma być jeszcze edycja jesienna.
Następny koncert, który gramy, będzie na Stachuriadzie. Potem będziemy grać na Spotkaniach Zamkowych, w widowisku muzycznym. Każdy z tych koncertów będzie inny, ale wspólnym czynnikiem będzie oczywiście to, że będziemy we trzy te piosenki śpiewać.
- Ten głogowski koncert jest więc pierwszy z serii koncertów?
- Tak, ten jest pierwszy. Następne gramy w czerwcu i w lipcu.
- Dlaczego taki wybór miejsc na koncerty jubileuszowe?
- Te koncerty będą w miejscach, które są dla nas wyjątkowe, Głogów, Grochowice, również Spotkania Zamkowe w Olsztynie, gdzie byłyśmy kiedyś laureatkami. Spotkania Zamkowe obchodzą w tym roku 50-lecie, więc fajnie się złożyło. To takie połączenie wspólnych Jubileuszy.
To są miejsca, w których lata temu występowałyśmy, choćby Stachuriada w Grochowicach. Jubileuszowy występ w tych miejscach to dla nas prezent, taka podróż sentymentalna.
- Zaczynałyście w Głogowie, wszystkie kończyłyście Studium Wokalne.
- Tak, przy Klubie Garnizonowym.
- Jak duży wpływ miało Studium Wokalne na Waszą twórczość? Bo jednak odeszłyście od tego, co Studium Wokalne proponowało w zakresie stylistyki muzycznej.
- Zacznę od siebie [Joanna Piwowar] Od początku w Studium śpiewałam swoje piosenki. Myślę, że to mnie w jakiś sposób wyróżniało. Najpierw pisałam muzykę do wierszy, potem, kiedy trochę dojrzałam, pisałam swoje własne teksty.
Jesteśmy zespołem offowym, bo nigdy tak do końca nie grałyśmy ani poezji śpiewanej, ani piosenki aktorskiej, ani piosenki turystycznej. Często podkreślamy, że nasze piosenki są ponadczasowe, w taki rozumieniu, że jak ktoś słucha naszych płyt, to trudno powiedzieć, czy była nagrana rok temu, czy dziesięć. Wydaje się, że to jest naszym spoiwem. W rzeczach, które nagrywamy nie skupiamy się na stylistyce, ale na instrumentarium, czy doborze środków które mogą wzbogacić nasz głos.
- [Marta Grofik]Wracając jeszcze do Studium Wokalnego: my odeszłyśmy w naszej twórczości daleko, ale nie zrobiłybyśmy tego, gdyby nie wsparcie kierownika, Stefana Górawskiego, który w nas uwierzył i wspierał nas w każdym aspekcie naszej działalności. Niczego nam nie narzucał, nie proponował innych kierunków. Pozwolił nam się rozwijać, umożliwiał nam wyjazdy na wszystkie festiwale. Studium nas wsparło w naszych dążeniach i w naszej działalności artystycznej.
Wiadomo było, że w kierunku estradowym my się nie odnajdziemy. I nikt nas do tego nie zmuszał, bo to by było nieautentyczne.
Zresztą trzymamy się tego od samego początku – jeśli nie mamy do czegoś przekonania, to od razu po nas na scenie widać. Nie doprowadziłyśmy nigdy do takiej sytuacji. Intuicja podpowiadała, że to nie dla nas. I z perspektywy czasu widać, że to było słuszne.
- Opracowałyście muzycznie, wokalnie ballady Mickiewicza. Zresztą, nad nimi pracujecie z uczestnikami warsztatów. Jak doszło do tego, że wybrałyście taki materiał?
- Wydawałoby się, że Mickiewicz nie jest na te czasy, nie jest współczesny. Kiedy on to wydał, to było coś ogromnie obrazoburczego, coś totalnie odrzuconego. Wtedy było bardzo współczesne. Więc mi od razu to zagrało, że my musimy to przemycić właśnie w taki sposób.
Podeszłyśmy do tego pedagogicznie. Zależało nam na tym, aby młodzi ludzie sięgnęli po ballady, żeby je odkryli. Chcieliśmy je przedstawić trochę innym językiem. Myślę, że to nam się udało.
Zależało nam na tym, żeby młodzi ludzie odkryli ballady.
- A jak przebiegała praca w trakcie warsztatów? Przygotowując warsztaty ma się jakieś założenia, wie się, co się chce osiągnąć. Czy coś poszło inaczej, niż planowałyście?
- Ja mam trochę inne podejście do pracy w procesie twórczym. Dla mnie proces jest najważniejszy.
Mamy jakieś założenia – to jedno. Ale jesteśmy otwarte na to, jaka jest dynamika grupy i to, co grupa proponuje. Nawet to, co się teraz dzieje, że Marta [Piwowar] z chórem wprowadza te części mówione. To nie było coś, co myśmy od początku zakładały. To się wydarzyło teraz, w trakcie warsztatów.
Zawsze mamy problem z takim dyrektywnym działaniem, bo zadajemy sobie pytanie, po co ja sobie coś wymyśliłam.
Z każdą grupą pracuje się inaczej. Zawsze to jest inna wartość. My też z tego czerpiemy.
- Na warsztatach są ballady Mickiewicza. Czy na koncercie będą tylko ballady, czy będzie coś jeszcze?
- Ten głogowski koncert będzie miał dwie części.
W pierwszej jesteśmy my trzy i nasi muzycy. Będziemy grały utwory, które są nam szczególnie bliskie z tego naszego repertuaru, z tych naszych dwudziestu pięciu lat. Ale też utwory, które coś dla nas znaczyły , ale nie są nasze. Ta pierwsza część będzie wspominkowa. Trochę będziemy mówić, choć będziemy się trzymać rygor, żeby nie było za dużo mówienia.
Natomiast druga część to ta, nad którą teraz pracujemy, ballady Mickiewicza. Będzie miała charakter widowiska, do tego przygotowałyśmy projekcję. I tu nie będzie potrzeby, żeby mówić.
- Dziękuję bardzo za rozmowę.
- Dziękujemy i zapraszamy na koncert.
Od grudnia 2023 roku w Muzeum Archeologiczno-Historycznym w Głogowie można oglądać wystawę pt.: „Blask złota i srebra, czyli pieniądz w baroku”, na której zostały wyeksponowane 392 numizmaty pochodzące ze skarbu głogowskiego i 10 zabytków archeologicznych pochodzących z badań wykopaliskowych prowadzonych w Głogowie i Wrocławiu.
Skarb to 5600 numizmatów, które zostały odnalezione w 2004 roku podczas prac wykopaliskowych prowadzonych na Starym Mieście przy ulicy Długiej.
Wystawa przyciąga uwagę zwiedzających bogactwem i różnorodnością monet pochodzących z XVI i XVII wieku, ich starannym opisem, przedstawieniem tła historycznego i kulturowego, ale też nowoczesną i ciekawą formą.
Rozmawiam z jej autorką, panią Marzeną Grochowską-Jasnos.
ZAŁOŻENIA
- Jak doszło do powstania wystawy? Jakie motywy Panią kierowały?
- Przede wszystkim chodziło o pokazanie głogowianom – i nie tylko – skarbu głogowskiego, o którym w momencie odnalezienia było bardzo głośno. Po jego konserwacji i ewidencji przyszedł czas na udostępnienie zbiorów zwiedzającym. Ale zajęłam się tym projektem nie tylko dlatego, żeby powstała wystawa, ale też dlatego, żeby powstał jej katalog. Aby pojawiły się na wystawie i w katalogu wszystkie informacje, jakie chciałam przekazać opinii publicznej na temat samego skarbu i numizmatyki.
- Jakie to informacje?
- Po pierwsze, chciałam pokazać, że ludzie, którzy interesują się numizmatyką, to nie tylko kolekcjonerzy i zbieracze monet, ale także pracownicy uniwersytetów i muzeów, którzy zajmują się tym naukowo. Chciałam też skupić uwagę zwiedzających i czytelników na roli, jaką odgrywa numizmatyka w badaniu przeszłości. To jedna z nauk pomocniczych historii. Jest niezwykle ważna w uzupełnianiu wiedzy historycznej, kulturowej, ale też w ekonomii.
- To zacznijmy od ekonomii. W jaki sposób historia, nawet pieniądza, uzupełnia wiedzę ekonomiczną?
- Na studiach ekonomicznych mają historię gospodarki, uczą się o roli i funkcji pieniądza.
Wszystkie te prawa, jakie rządzą pieniądzem współcześnie, obowiązywały od samego początku, kiedy ten pieniądz powstał. Pieniądz ma zawsze te same funkcje, zmieniła się tylko forma. I cały czas się zmienia.
Współcześnie przechodzimy do pieniądza wirtualnego, niematerialnego. To się rozwija, jest bardzo dynamiczne, ale zasady, które rządzą pieniądzem, są zawsze takie same od wieków, od początków jego istnienia, są to prawa podaży, popytu, obiegu pieniądza.
Dużo mi dało uczenie się o historii pieniądza w moim myśleniu o współczesnym pieniądzu, budżecie domowym i o planach finansowych na przyszłość. Studiując numizmatykę zorientowałam się, że gwarancje wartości pieniądza są złudnie i tymczasowe. Dlatego współczesny pieniądz nazywa się fiducjarnym (z łac. fides - wiara). Czyli wierzymy, że pieniądz ma określoną wartość, ale to jest umowne.
Trzeba więc przede wszystkim pieniądz inwestować, kupować rzeczy trwałe, których wartość się nie zmienia. Numizmatycy-kolekcjonerzy to rozumieją, bo inwestując w stare pieniądze, inwestują również w kruszec.
- Skarb głogowski i monety prezentowane na wystawie to właśnie kruszec – złoto, srebro. Czy na to właśnie chciała Pani zwrócić uwagę zwiedzających?
- Chodziło o to, żeby uwzględnić wiele zagadnień, które w numizmatyce się ze sobą łączą. Przede wszystkim pokazać piękno, urok tych monet. Są historycy sztuki, którzy interesują się monetami. Bo monety same w sobie są dziełami sztuki, małym reliefem czy płaskorzeźbą. Niekiedy są przepiękne. Warto zwrócić uwagę, że przedstawienia na monetach odzwierciedlają wielką sztukę, która objawiała się m.in. w malarstwie i rzeźbie. Choć już sztuką samą w sobie było wykonanie tych szczegółowych przedstawień na małym stemplu tak, żeby dobrze wyglądały na monecie. Niektórzy rytownicy pokazali niezwykły kunszt i ukazali swój wielki artyzm w tych małych dziełach.
Jak widać więc, poza oczywistą wartością ekonomiczną, pieniądz posiadał wartość kulturową i estetyczną.
- A jakie są jeszcze inne nieekonomiczne funkcje pieniądza?
- Monety wykonane ze szlachetnych kruszców posiadały trzy pozaekonomiczne funkcje.
Pierwsza to propagandowa. Miała przedstawiać emitenta, czyli tego, kto kazał wybić monety i pokazać go w jak najbardziej korzystny sposób.
Druga to funkcja kultowa. Monety były używane jako dary grobowe lub zakładzinowe. Nawet obecnie pieniądze daje się nowożeńcom czy małemu dziecku na dobrą wróżbę.
I trzecia funkcja - zdobnicza. Dziurawiono albo dorabiano uszka do monet, robiono naszyjniki, pierścionki, wtapiano talary w patery, kufle, albo inne naczynia, przyszywano do ubrań, itp. Temat nieekonomicznej funkcji pieniądza jest niezwykle ciekawy, lecz wymagałby osobnej wystawy.
- Na czym jeszcze zależało Pani, żeby zostało pokazane na wystawie?
- Chciałam połączyć wiedzę o systemach monetarnych w XVII wieku z tłem historycznym i kulturowym. Dlatego w jednej z gablot są przedmioty z epoki. To zabytki ze zbiorów naszego muzeum. Również bardzo zależało mi, żeby pokazać pieniądz w sztuce. Stąd reprodukcje obrazów, przedstawienia malarskie z epoki baroku, na których pieniądz jest głównym bohaterem.
Dużo motywów pieniądza pojawia się w literaturze, ale wystawa nie jest miejscem, gdzie można by to dobrze pokazać.
Pieniądze występują w roli katalizatora mocnych ludzkich emocji: zdrady, ludzkich żądz, zazdrości. Artyści to dostrzegali od dawna i sięgali po motyw pieniądza w swojej twórczości.
HISTORIA PIENIĄDZA
- Wystawie towarzyszy katalog. Oprócz informacji na temat skarbu i wystawy zawiera informacje na temat historii monety w Europie. Moim zdaniem, może być świetnym przewodnikiem dla kogoś, kto chce wejść w świat numizmatyki.
- Taki był mój zamiar. Chciałam pokazać numizmatykę jako naukę pomocniczą historii. Chciałam też przedstawić historię pieniądza. Tak, żeby każdy mógł się z nią zapoznać. Chciałam przybliżyć tę wiedzę ludziom. Nie powiedziałam za wiele o początkach monety, gdyż jest to wiedza dostępna, łatwo można ją znaleźć. Chciałam podstawowe informacje numizmatyczne połączyć z historią oraz uzmysłowić czytelnikom, jak cennym źródłem historycznym jest skarb.
- A kiedy powstały pierwsze monety?
- Pierwsze fizyczne pieniądze w postaci monet wybite w stopie złota i srebra, nazwanym elektrum, (naturalnie wydobywany stop złota ze srebrem) powstały w Lidii w VII w. p.n.e. Skarb został odnaleziony w świątyni Artemidy w Efezie – to najstarsze zachowane monety.
Według najprostszej definicji, moneta to krążek metalu, który posiada oznaczenie wartości i znak emitenta. Te pierwsze monety to właśnie zawierały. Szybko rozdzielono te metale, rozpoczynając osobne bicie monet ze złota i srebra. Przy czym złoto już wtedy było uznawane za cenniejsze.
W tamtych czasach relacja złota do srebra wynosiła średnio 1:10, czyli jedną złotą monetę można było zamienić na 10 srebrnych o tej samej wadze i procentowej zawartości kruszcu. W XVII wieku ta relacja wynosiła średnio 1:12-14. Stopniowo doceniano niezwykłe właściwości złota, a jego cena rosła. Było go też dużo mniej niż srebra.
W XIII wieku w krainach włoskich – we Florencji i Wenecji pojawiły się pierwsze w średniowieczu w Europie monety złote. Nazywane były florenami i dukatami weneckim, później cekinami. W XVI wieku nazwa dukat przyjęła się dla wszystkich złotych monet, mimo że były bite w różnych krajach i przez różnych emitentów, ponieważ zachowywano jednakowy standard ich bicia.
Na początku XVII wieku rozpowszechniły się w całej Europie dzięki dostawom złota i srebra z odkrytej w XV wieku i grabionej Ameryki.
SKARB GŁOGOWSKI
- Skarb głogowski znaleziono w 2004 roku. Wystawa powstała prawie po 20 latach. Czy cały czas trwały prace przy skarbie?
- Ewidencję skarbu zakończyłam dopiero w 2022 roku. To 5600 obiektów. Jeszcze do 2016 trwała konserwacja skarbu. Ponadto zajmowałam się również opracowywaniem poszczególnych grup monet ze skarbu, m.in. czeskich czy węgierskich, prezentując wyniki swoich badań na konferencjach naukowych. Szczególnie ostatnie lata były czasem bardzo intensywnej pracy nad skarbem.
- Jak wygląda praca nad ewidencją skarbu?
- Na kartach ewidencyjnych podaje się wymiary monety, trzeba zrobić fotografię awersu i rewersu. Wprowadza się ich opis, ustala datowanie monety i jej atrybucję, czyli kto i gdzie wybił tę monetę oraz wszystkie dodatkowe informacje, które jestem w stanie uzyskać, plus odniesienia katalogowe i literaturę.
- Co znajduje się w skarbie głogowskim?
- Skarb jest bardzo zróżnicowany, znajduje się w nim 5599 monet oraz fragment złotego łańcucha. Dwie najstarsze monety pochodzą z 1497 roku i zostały wybite w Hamburgu. Najmłodsze to 3-krajcarówki śląskie wybijane w Brzegu i Wrocławiu w 1656 roku. Najmłodszą polską monetą jest dwojak Jana Kazimierza wybity we Wschowie w 1650 r. W głogowskim skarbie są złote dukaty, cekiny, ałuny, srebrne talary i lżejsze guldeny. Monety pochodzą z całej Europy.
Jest też dużo drobniejszych monet: m.in. trzy-krajcarowe grosze cesarskie, polskie półtoraki, trojaki i jeden grosz Zygmunta III Wazy.
- Jak to się stało, że tak różnorodne monety zostały zgromadzone w jednym miejscu?
- Złote monety i grube srebrne talary są tak różnorodne, ponieważ był to pieniądz międzynarodowy. Nieważne, kto go wybił, miał on wartość samą w sobie ze względu na zawartość kruszcu, która w tych monetach była bardzo wysoka. Były używane w całej Europie, a monety złote szczególnie długo.
Znaczna ilość grubych monet świadczy o tym, że był to skarb inwestycyjny złożony osiem lat po wojnie trzydziestoletniej. W zrujnowanym Głogowie nie było wówczas kantoru, czy innej instytucji, w której można było zdeponować bezpiecznie pieniądze, więc właściciel ukrył je w domu.
- Jak zostały ukryte?
- Właściciel zakopał je drewnianej skrzyni w woreczkach z czerwonej tkaniny. Zdjął posadzkę, wykopał dół, w którym ułożył skrzynię i z powrotem położył posadzkę. Zrobił to na tyle porządnie, że kolejne pokolenia mieszkańców kamienicy tego nie zauważyli. Właściciel zmarł i nie zdążył nikomu powiedzieć, że ukrył te pieniądze. Dlatego sądzę, że nie był to głogowianin, ale osoba przyjezdna, która wynajęła tu dom i prowadziła interesy.
- Co się stało ze skrzynią?
- Niestety, nie przetrwała. Przedmioty wykonane z materiałów organicznych, takich jak drewno czy materiał, ulegają szybszemu rozkładowi w ziemi. Żałujemy, ponieważ byłby to fantastyczny materiał do badań i element, który dodałby atrakcyjności wystawie.
- Skarb jest niezwykle cennym źródłem historycznym. Dlaczego?
- Dlatego, że jest kompletny. Został znaleziony w trakcie badań archeologicznych, więc ma też kontekst kulturowy. Dzięki temu potrafimy powiedzieć znacznie więcej o samym skarbie i monetach, które weszły w jego skład. Możemy lepiej ocenić relacje handlowe i obieg monetarny na Śląsku i w środkowej Europie w XVII wieku. Dzięki temu odkryciu muzeum w Głogowie jest jedynym posiadaczem unikatowej złotej monety Albrechta, księcia pruskiego, który bił swoje monety w Królewcu, dzisiejszym Kaliningradzie.
- Czy mogłaby Pani powiedzieć więcej o tej wyjątkowej monecie?
- To unikatowa moneta, złoty czerwony księcia Albrechta, pierwszego księcia pruskiego, tego, który złożył hołd lenny Zygmuntowi Staremu na Starym Mieście w Krakowie w 1525 roku. Zygmunt Stary w latach 1526 – 1528 przeprowadził wielką reformę monetarną, która objęła całe Królestwo Polski, w tym również Prusy Książęce i Wielkie Księstwo Litewskie, Albrecht Hohenzollern wybijał monety, zgodnie z tą reformą. Były to drobne, srebrne szelągi i grosze, ale też – jak się okazuje – dukaty. A jest to jedyny znany egzemplarz złotej monetyAlbrechta w zbiorach muzealnych.
Jeden egzemplarz znajdował się w zbiorach przedwojennych muzeum w Królewcu, lecz pod koniec II wojny światowej zbiory królewieckie zostały wywiezione do Niemiec. Nie wiadomo, gdzie trafił tamten egzemplarz złotej monety Albrechta.
- Skąd wiadomo, że jest to autentyczny czerwony złoty Albrechta?
- Wskazuje na to kilka elementów:
Posiadamy informację, że taka moneta była w zbiorach królewieckich.
Przedstawienie Albrechta na złotym czerwonym jest tożsame z tym umieszczanym na jego monetach groszowych. Poza tym tak był również przedstawiany na obrazach.
Stylistycznie czerwony złoty Albrechta jest podobny do monet Zygmunta Starego i jest bity zgodnie z reformą monetarną przeprowadzoną przez polskiego króla.
Jest to swoisty „skarb w skarbie”!
WYSTAWA
- To nie jest pierwsza wystawa skarbów w głogowskim muzeum?
- Wcześniej były dwie wystawy:
w 2006 roku – wystawa „Skarby ziemi głogowskiej”. Były na niej skarby numizmatyczne z naszych zbiorów.
w 2010 – „Skarb z Głogowa” – wystawa skarbu średniowiecznego odkrytego w 1987 roku.
Do zrobienia wystawy „Blask złota i srebra, czyli pieniądz w baroku” zmotywował mnie dyrektor, a właściwie do tego, żeby ponownie składać wniosek na jej realizację.
- Skarb liczy 5600 obiektów, na wystawie są 392 monety. Jaki był klucz wyboru?
- Chciałam pokazać przekrój całego skarbu i reprezentatywne typy, które w nim wystąpiły. Monety na wystawie reprezentują wszystkich występujących w skarbie emitentów, mennice i nominały.
Są umieszczone w gablotach, obok których na monitorach dotykowych można przeczytać opis monety i obejrzeć ją z obu stron.
- Co, oprócz monet, znajduje się na wystawie?
- Nad gablotami są teksty narracyjne. To informacje dotyczące kraju emisyjnego, z którego pochodzą monety: mapa, opis sytuacji geopolitycznej i krótki opis systemu monetarnego.
Pomiędzy gablotami są plansze o numizmatyce, o skarbach, o okolicznościach odkrycia skarbu, o sztuce w tym okresie i o tym, co zawiera moneta.
Dodatkowo jest 10 zabytków archeologicznych znalezionych w Głogowie i we Wrocławiu, a znajdujących się w naszych zbiorach. Mają przybliżyć obraz kultury materialnej tego okresu.
- Zwraca uwagę nowoczesna forma wystawy. Skąd pomysł na taką formę?
- Wiedziałam, że muszę wykorzystać nowoczesne technologie. Po pierwsze dlatego, że we wszystkich dużych, nowoczesnych muzeach jest to powszechne. Ale też dla lepszego odbioru wystawy przez młodzież.Wykorzystałam multimedia, ale od razu z takim założeniem, żeby nie przytłoczyły wystawy.
Pokazywanie tak małych obiektów, jakimi są monety, na wystawie jest bardzo trudne, lecz dzięki monitorom dotykowym możemy je nie tylko obejrzeć z dwóch stron, ale także znacznie powiększyć i przyjrzeć się szczegółom.
Sprzęt jest bardzo dobrej jakości, a aplikacja jest funkcjonalna i prosta w obsłudze.
- Monety są pokazane w gablotach i na monitorach. Czyj to był pomysł?
- Pomysł, żeby to, co jest w gablocie, odtworzyć na monitorze był mój, ale było to możliwe dzięki informatykowi, który przygotowywał aplikację i wprowadził dane do prezentacji. Zrobił to bardzo dobrze, doskonale zrozumiał moje potrzeby.
Projekt gablot wymyśliła Eryka Stolarska. Są pochylone, dzięki czemu wygodniej ogląda się monety.
Gabloty i monitory wykonywała ta sama firma, dzięki temu wystawa jest spójna. Dominuje estetyka i prostota.
- A skąd pomysł kącika edukacyjnego?
- To jest moja inicjatywa. A wynikła z potrzeby rodzin i rodziców, którzy przychodzą z dziećmi do muzeum i nie chcą wciąż słyszeć: „kiedy idziemy?”, czy „chodźmy już, tu jest nudno”.
Chodziło o to, żeby zająć tę najmłodszą grupę odbiorców. Ale nie tylko ich. Kącik jest dla wszystkich. Widać, że również dorosłe osoby są nim zainteresowane.
Muzeum jest dostępne dla każdego, jednak uważam, że powinno być przyjazne szczególnie dzieciom, aby kształtować nawyk odwiedzania muzeów i przyczyniać się do zainteresowania historią. Kącik edukacyjny ma spełniać to zadanie
- Co jest w kąciku edukacyjnym?
- Treści, które się tam znajdują mają walor edukacyjny i artystyczny. Chodziło mi o to, żeby w tym miejscu pokazać w uproszczony sposób, jak była produkowana moneta na początku XVII wieku, a odwiedzający kącik mogli ją samodzielnie zaprojektować.
Zaczęto wówczas [w XVII wieku] stosować do bicia monet prasy balansowe, czy wahadłowe. Zdecydowaliśmy się na prasę balansową, bo była dostępna w grafikach XVII-wiecznych. Znajduje się wewnątrz kącika. Jest też grafika pokazująca tradycyjne ręczne bicie monet, które było stosowane od starożytności nawet do XIX wieku. Natomiast grube talary trudno było bić ręcznie, to było czasochłonne i fizycznie trudne, nawet przy tak miękkim metalu, jakim jest srebro, więc zmechanizowano to bicie i wprowadzono prasę. Chodziło o to, żeby pokazać dzieciom, jak w praktyce wyglądało bicie monet.
W kąciku edukacyjnym dzieci same mogą coś stworzyć, porysować, przypiąć do tablicy magnetycznej prace, czyli zrobić od razu wystawę. Mogą inspirować się tym, co jest na sali, mogą robić własne projekty.
Najłatwiej się uczyć, jeśli samemu się spróbuje coś wykonać. A więc należy modelinę, która ma udawać metal, rozwałkować, potem przebijakiem wyciąć okrągły kształt, włożyć do prasy wycięty krążek, wycisnąć monetę, mogą potem ją zważyć, zmierzyć, przeliczyć ilość na liczydle.
- Wystawa w przestrzeni muzealnej to nie wszystko. Co jeszcze towarzyszy wystawie skarbu?
- Na stronie internetowej muzeum jest dostępny katalog w formacie PDF.
Ponadto w aplikacji Audiotour muzeum archeologiczno-historyczne w Głogowie jest audiowycieczka i audiodeskrypcja dostępna na smartfony i iPhony. Na naszej stronie znajdują się również opisy zabytków z poszczególnych gablot, poza tym opisy zabytków możemy również odsłuchać dzięki umieszczonym nad gablotami QRkodom.
We współpracy z Miejskim Ośrodkiem Kultury powstał 10-minutowy film o wystawie. Tekst do filmu przygotowała Renata Matysiak. Narratorem i przewodnikiem po wystawie jest Bartłomiej Adamczak, a stroną techniczną filmu zajął się Zbigniew Lipowski. Film jest dostępny na stronie muzeum.
PLANY
- Skarb został zewidencjonowany, powstała wystawa. Czy to już koniec przygody ze skarbem głogowskim?
- Wystawa składa się z wielu elementów, choć można by ją jeszcze rozbudowywać.
Ja jednak chciałabym się skupić na dalszym opracowywaniu skarbu. Przede mną jest napisanie jego monografii, która może liczyć nawet 800 stron. Być może uda się to zrobić do 2028 roku, choć jeszcze dużo pracy przede mną.
Żeby skarb zaistniał w świecie naukowym, ta publikacja jest konieczna.
Bardzo się cieszę, że wyszedł katalog wystawy, który trafi do opinii publicznej, ale dopóki opracowanie skarbu nie przyjmie formy naukowej, to nie zostanie zauważony na świecie.
I to jest dla mnie najważniejsze.
- Życzę w takim razie powodzenia w dalszej pracy.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Elżbieta Bock-Łuczyńska
Strona 2 z 4